Małe podsumowanie Off Festival 2008

13 sierpnia 2008, 00:20:51

Poziom: 0 | Kategoria: Muzyka, Przemyślenia, Z życia. | Dodaj komentarz

W tym roku po raz pierwszy miałem przyjemność uczestniczyć w Off Festivalu w Mysłowicach.

Mysłowice i organizacja festiwalu

Jeżeli chodzi o miasto oraz organizację festiwalu, to mam kilka rzeczy, które mi się całkowicie nie podobały. Po pierwsze i chyba najważniejsze, pole namiotowe jest za daleko od scen i całego Słupna Park. Owszem, można skrócić sobie drogę przechodząc nieoficjalną drogą przez tory i nasyp kolejowy, ale nie jest to rozwiązanie dobre. A 20-minutowa podróż z biwaku na teren festiwalu to jednak dla mnie trochę za dużo. Przydałoby się poszukać innego miejsca, może na terenie samego parku?

Kolejną sprawą było oznakowanie. Chociaż słyszałem, że ok. 15 w piątek było oznakowanie na dworcu PKP, o tyle ja, przyjeżdzając do Mysłowic dopiero w okolicach godziny 21 nie zauważyłem żadnych znaków kierujących mnie krótszą drogą na pole namiotowe, w związku z czym nadkładałem drogi i zamiast 10 minut spędziłem ok. 30 na maszerowaniu z osprzętem turystycznym.

Co do gastronomii, nie była ona rewelacyjna. Po pierwsze kolejki, kolejki, kolejki. Poza tym sam asortyment też nie był zbyt szeroki.

Pochwalić mogę namioty z płytami — całkiem niezłe zaopatrzenie i duży plus za płytę Polpo Motel. Namiot trójkowy zrobił promocję na Offensywę vol. 3, co też się chwali.

Jeżeli chodzi o sceny i sam festiwal, to uważam, że scen było w sam raz, nie były też zbytnio od siebie oddalone, chociaż myślę, że scena leśna była nieco za blisko sceny głównej, co powodowało niekiedy nakładanie się dźwięków koncertu na scenie leśnej z dźwiękami z prób na scenie głównej.

Muzyka na Off-ie

Przejdźmy do najważniejszej części — muzyki, której było dużo i dobrze. Bardzo żałuję, że nie mogłem przyjechać w piątek rano, bo ominęły mnie koncerty zespołów, na których zobaczeniu i usłyszeniu mi zależało — New York Crasnals, Kawałek Kulki, Lutosphere, Dick4Dick, Budyn i Sprawcy Rzepaku czy of Montreal. W zasadzie pierwszy dzień festiwalu rozpocząłem od koncertu zespołu Hey. Poniżej kilka słów o najciekawszych moim zdaniem zespołach.

Hey

Myślę, że nie ma co dużo mówić o Kasi i zespole. Jedyne, co mogę podkreślić i co mi się bardzo podobało, to fakt, że mogłem usłyszeć piosenki, których nie słychać na koncertach (np. Morf&Na). Bardzo ciekawe aranżacje (chociaż po koncercie unplugged w Romie nic już nie będzie takie samo). Jedyny mankament dla mnie, to zbyt duża ilość piosenek z mojego nie najbardziej ulubionego albumu "Music, Music", chociaż, jak to Kasia określiła, grali to, co lubią i chwała im za to!

Caribou

Jestem niezmiernie zaniepokojony faktem, że praktycznie nie pamiętam tego koncertu, a jak to wiele ludzi podkreśla był to jeden z najlepszych koncertów tegorocznego Off-u. Pamiętam tylko tyle, że muzyka zespołu Caribou podobała mi się...

Mogwai

Tutaj się bardzo zawiodłem. Nie znałem niczego z repertuaru tego zespołu. Spodziewałem się cudownej dla uszu muzyki, a dostałem smętne kawałki, do tego wszystkie podobne do siebie i grane praktycznie w jednym tempie. Nie wysiedziałem do końca, bo nie mogłem więcej słuchać. Technicznie ok, ale jakoś mnie nie porwali.

The Poise Rite

Świetni! Zlokalizowałem już ich płytę i będzie moja! (dla chętnych jest dostępna w Merlinie). Granie the Poise Rite przypomina mi nieco Interpol. Dużo gitary, przyjemny wokal.

Baaba

Duże zaskoczenie. Słyszałem wcześniej ich jeden kawałek na Offsesjach. Dużo improwizacji na scenie, ciekawy zestaw instrumentów i zabawa dźwiękiem. Trzeba będzie zaopatrzyć się w płytę i wyszukiwać ich koncertów w okolicy.

Czesław Śpiewa

Miałem nie pisać o Czesławie, jednak napiszę. Grał tym razem bez akordeonu, który nie dojechał z powodu opóźnienia pociągu. Bardzo zaskoczyły mnie tłumy i reakcje publiczności na Czesława. Szczerze mówiąc jest to dla mnie fenomen. Sam koncert ciekawy, też ze względu na brak akordeonu i więcej aranżacji na klawisze. Czesław przez cały czas popijał piwko, co odbiło się, niestety na jego grze, szczególnie na scenie MySpace.

James Chance and Les Contortions

Kolejny świetny show. Pan James nie jest już nastolatkiem, ale to nie przeszkadzało mu w szaleństwach na scenie. Bardzo ciekawe podejście do jazzu. Troche funk, trochę punk. Kto nie słuchał, niech żałuje!

Lao Che

Do tego koncertu byłem trochę sceptycznie nastawiony. Jednak już po pierwszych taktach Lao Che porwało mnie i do samego końca koncertu (który nieco się przedłużył) bawiłem się wybornie. Myślę, że muzyki Lao Che nie trzeba przedstawiać (w sumie było to jeden z mniej offowych zespołów na off-ie).

L.U.C & Rahim

Na koniec nieco psychodeliczny kąsek w wydaniu dwóch genialnych raperów. Świetne połączenie elektroniki ze smyczkami, dobrze zarapowane, a do tego ciekawa, momentami mocna oprawa wizualna sprawiły, że pomimo późnej godziny czułem się świetnie, nawet pomimo faktu, że powstałem dzięki ekskramentom sinic.

 

Podsumowując, bardzo się cieszę, że pojechałem na Off. Poznałem dużo świetnych zespołów i posłuchałem dobrej muzyki. W przyszłym roku też raczej się pojawię. Miejmy tylko nadzieję, że następny Off będzie przebiegał w nieco bardziej przyjemnych warunkach pogodowych.

Tagi:

Hey Unplugged — nareszcie u mnie

19 listopada 2007, 11:44:34

Poziom: 0 | Kategoria: Muzyka, Przemyślenia, Z życia. | 12 komentarzy

Do rąk moich nareszcie zawitała płyta oczekiwana od 10 września, czyli od pewnego koncertu w Teatrze Roma w Warszawie — MTV Hey Unplugged. Powiem tyle, wiedziałem, że to hit, bo przecież w końcu byłem na tym koncercie, ale teraz mogę powiedzieć to jeszcze raz!

Od samego początku płyta przywołuje pozytywne emocje związane z koncertem. Żałuję jednak, że na płycie ani na DVD nie znalazła się piosenka "Byłabym", swoją drogą chyba wiem, dlaczego. Ale zacznijmy od początku:

  1. Fate: na rozpoczęcie mocne szarpanie strun i ciekawie zaprezentowana sekcja dęta. I ta lira korbowa przed drugą zwrotką...
  2. A Ty?: od samego początku w ucho wpadają instrumenty dęte. Aranżacja tylko nieznacznie zmieniona w stosunku do oryginału — dodane smyczki i instrumenty dęte, które oczywiście znakomicie współgrają z tekstem jak i całym utworem.
  3. Moogie: jedna z niewielu piosenek na tej płycie, którą rozpoznałem już po pierwszych taktach. Ale to wcale nie przemawia na jej niekorzyść! Aranżacja również niewiele zmieniona.
  4. Dreams: jeden z moich faworytów na tej płycie. Niesamowity tekst, który poprzez zupełnie nową aranżacje stracił może na swym dramatyzmie, jednak w warstwie muzycznej kawałek świetny, z doskonale wpadającą w ucho linią akustycznej gitary basowej oraz dźwiękami akordeonu.
  5. Missy Seepy: ta piosenka po prostu rządzi! Intro na lirze korbowej przenosi w zupełnie inny stan, powracają wręcz emocje z koncertu. Przez dodanie puzonu i liry piosenka zyskuje. I to dużo zyskuje w mojej ocenie. No i oczywiście końcowa solówka na lirze korbowej wspomagana przez smyczki...
  6. Ho!: słuchając tej piosenki nadal przechodzą mnie ciary. Wstęp sekcji smyczkowej potęguje napięcie. O tym, że to właśnie Ho dowiadujemy się jednak dopiero po wejściu gitary Marcina. Nie muszę wspominać o pięknym tekście. Kolejny faworyt!
  7. W imieniu dam: jedna z mniej podobających mi się piosenek, nie tylko na tej płycie, ale i na oryginale. Aczkolwiek wykonanie w porządku.
  8. Angeline: niesamowity głos Agnieszki Chylińskiej. Szkoda, że jej repertuar różni się od muzyki PJ Harvey. Niesamowity duet, niesamowity utwór oraz cięty komentarz Agnieszki na koniec.
  9. [sic!]: Śmieszny wstęp na akordeonie, który bardzo kojarzy mi się z pewną piosenką Renaty Przemyk (swoją drogą znajomej Kasi), niestety nie pamiętam w tej chwili jej tytułu. Całość utworu przyjemna.
  10. Mru mru: chyba najmniej zmieniona aranżacja, przynajmniej na początku. Bardzo podobna do wersji z akustycznego koncertu w Trójce. Dopiero w refrenie oraz na końcu piosenki dodane zostały smyczki i sekcja dęta, która w miły sposób podkreśla nastrój balladki.
  11. Luli lali: kolejna piosenka, którą poznajemy w zasadzie dopiero, gdy Kasia zaczyna śpiewać. Bardzo podoba mi się wstęp na puzonie, w stylu jakiegoś hejnału, po którym wchodzą gitary wraz z perkusją, wspomagane później przez smyczki. Słowem zagrało wszystko, co stało na scenie. Oczywiście na plus!
  12. Candy: mogę zdradzić "tajemnice", wersja Candy na płycie to drugie koncertowe wykonanie tej piosenki, poznać to można po tekście Budynia. Całkiem fajne wykonanie, chociaż mnie osobiście bardziej odpowiada oryginał.
  13. Mimo wszystko: ładny, nastrojowy bym powiedział wstęp na akordeonie, który tym razem zdradza praktycznie od razu tytuł piosenki. Akordeon towarzyszy zespołowi do końca piosenki. Ładna, nastrojowa aranżacja, wpadająca w ucho.
  14. To tu: aranżacja podobna do tej z albumu. Najmniej lubiana chyba piosenka z tej płyty.
  15. Cudzoziemka w raju kobiet: znowu trzeba się wsłuchać w piosenkę, szczególnie w jej początek, aby odkryć, że to właśnie "Cudzoziemka...". Trochę szeptana wersja, wspomagana przez fanów, siedzących na poduchach. Ciekawie zabrzmiała lira oraz sekcja dęta.
  16. Zazdrość: na koniec zespół zostawił zupełnie nowe aranżacje. Zazdrość zabrzmiała trochę kubańsko, z dużą ilością przeszkadzajek. Całość brzmiała bardzo ciekawie, fani Heya przyzwyczajeni do ich grania mogą być lekko zdziwieni. Kapitalna gra chłopaków od trąbek i puzonów.
  17. Teksański: utwór, który wzbudził chyba najwięcej kontrowersji. Zabawa w stylu country. Jednym się podoba, innym nie. Mnie bardzo przypadła do gustu, aranżacja bardzo zabawowa, nogi same rwą się do tańca. Taki łakomy kąsek zostawiony na sam koniec koncertu. Wersja na płycie to również drugie, bisowe, wykonanie z koncertu, tym razem można to poznać po podziękowaniach Pawła.

Wygląda na to, że przez najbliższy czas płyta Unplugged będzie najczęściej przeze mnie odsłuchiwaną! Czekam tylko na wersję z DVD, aby posłuchać całości razem z obrazem i poszukać siebie na widowni.

Tagi:

Hey bez prądu... za to z lirą korbową!

11 września 2007, 23:56:25

Poziom: 0 | Kategoria: Muzyka, Przemyślenia, Z życia. | 5 komentarzy

Właśnie wróciłem z Warszawy. Jak pisałem wcześniej wygrałem wejściówkę na koncert MTV Unplugged Hey. Moje szczęście było jednak podwójne, a może nawet potrójne, ponieważ w sumie dysponowałem trzema biletami! W związku z tym, nie byłem na koncercie sam.

Widowisko, które przygotowała Kasia wraz z zespołem oraz ekipą MTV było niesamowite. Zupełnie nowe aranżacje utworów brzmiały cudownie. Razem z Kasią oraz setem akustycznym Marcina, Jacka i Pawła muzykę tworzyły instrumenty klawiszowe, puzon, trąbka, skrzypce, wiolonczele, akordeon, lira korbowa oraz dodatki perkusyjne. Na klawiszach grał Marcin Macuk — muszę przyznać, że nie znałem od tej strony członków Pogodna, Marcin ma niesamowitą energię, nie widziałem jeszcze człowieka tak wyluzowanego na scenie i grającego z taką radością.

Razem z Heyem wystąpili goście, których w życiu bym się nie spodziewał. Myśląc o tym, kogo Kasia mogła zaprosić, przede wszystkim miałem na myśli Edytę Bartosiewicz. Jednak moje przeczucia były błędne — na koncercie pojawiła się Agnieszka Chylińska. Drugim gościem na wokalu był frontman wymienionego wcześniej Pogodna — Jacek "Budyń" Szymkiewicz.

To, co można było usłyszeć w Teatrze Roma brzmiało zupełnie inaczej od tego, do czego przyzwyczaiły nas "zwyczajne" koncerty i płyty. Fenomenalny "Teksański" w wersji country do teraz siedzi mi w głowie.

Już w tej chwili nie mogę się doczekać momentu, aż w sklepach pojawi się DVD z tego koncertu. Niestety retransmisji w MTV nie zobaczę, bo będę już we Wrocławiu, gdzie, niestety, nie mam MTV.

Tagi:

Hey Unplugged... będę tam!

02 września 2007, 10:00:05

Poziom: 0 | Kategoria: Muzyka, Z życia. | Dodaj komentarz

Szykuje się niemała gratka dla miłośników zespołu Hey. 10 września w warszawskim teatrze Roma odbędzie się nagranie koncertu MTV Hey Unplugged. Bilety na ten koncert nie są dostępne w sprzedaży. Jedyną możliwością ich otrzymania jest udział w konkursach i loteriach organizowanych przez zespół oraz MTV.

Ponieważ darzę sympatią Hey, zgłosiłem swój udział w losowaniu zaproszeń, niestety pojedynczych, na stronie zespołu. I udało się! Będzie się działo! Retransmisja koncertu na antenie MTV zapowiadana jest, zdaje się, na październik. W październiku mają ukazać się również płyty CD/DVD z tegoż nagrania.

Niestety jadę sam, moja Ania nie wylosowała biletu, a jak już wspomniałem nie da się tych biletów kupić, ani odstąpić — są imienne. Jedyną szansą jest jeszcze konkurs MTV, którego wyniki będą 9. września.

Tagi:

Beltaine – Rockhill

18 maja 2007, 11:39:07

Poziom: 0 | Kategoria: Muzyka, Z życia. | 1 komentarz

Nareszcie do rąk mych trafiła płyta zespołu grającego muzykę irlandzką i celtycką Beltaine. Płyta Rockhill została uznana za najlepszą płytę folk roku 2004 w plebiscycie Wirtualne Gęśle, współorganizowanym przez Polskie Radio.

Płyta Beltaine jest, niestety, praktycznie nieosiągalna w żadnym sklepie. Jedyną możliwością zakupu jest sklepik na stronie zespołu lub zakup podczas koncertu. Ale warto ją nabyć, a jeszcze bardziej warto być na koncercie, kiedy to aranżacje irlandzkich i celtyckich pieśni nabierają mocniejszego, rockowego brzmienia.

Chodzą słuchy, że we wrześniu ma pojawić się ich nowa płyta. Mam nadzieje, że to prawda. Tymczasem wracam do słuchania.

Tagi: