Poziom: 0 | Kategoria: Muzyka, Przemyślenia, Z życia. | Dodaj komentarz
W tym roku po raz pierwszy miałem przyjemność uczestniczyć w Off Festivalu w Mysłowicach.
Jeżeli chodzi o miasto oraz organizację festiwalu, to mam kilka rzeczy, które mi się całkowicie nie podobały. Po pierwsze i chyba najważniejsze, pole namiotowe jest za daleko od scen i całego Słupna Park. Owszem, można skrócić sobie drogę przechodząc nieoficjalną drogą przez tory i nasyp kolejowy, ale nie jest to rozwiązanie dobre. A 20-minutowa podróż z biwaku na teren festiwalu to jednak dla mnie trochę za dużo. Przydałoby się poszukać innego miejsca, może na terenie samego parku?
Kolejną sprawą było oznakowanie. Chociaż słyszałem, że ok. 15 w piątek było oznakowanie na dworcu PKP, o tyle ja, przyjeżdzając do Mysłowic dopiero w okolicach godziny 21 nie zauważyłem żadnych znaków kierujących mnie krótszą drogą na pole namiotowe, w związku z czym nadkładałem drogi i zamiast 10 minut spędziłem ok. 30 na maszerowaniu z osprzętem turystycznym.
Co do gastronomii, nie była ona rewelacyjna. Po pierwsze kolejki, kolejki, kolejki. Poza tym sam asortyment też nie był zbyt szeroki.
Pochwalić mogę namioty z płytami — całkiem niezłe zaopatrzenie i duży plus za płytę Polpo Motel. Namiot trójkowy zrobił promocję na Offensywę vol. 3, co też się chwali.
Jeżeli chodzi o sceny i sam festiwal, to uważam, że scen było w sam raz, nie były też zbytnio od siebie oddalone, chociaż myślę, że scena leśna była nieco za blisko sceny głównej, co powodowało niekiedy nakładanie się dźwięków koncertu na scenie leśnej z dźwiękami z prób na scenie głównej.
Przejdźmy do najważniejszej części — muzyki, której było dużo i dobrze. Bardzo żałuję, że nie mogłem przyjechać w piątek rano, bo ominęły mnie koncerty zespołów, na których zobaczeniu i usłyszeniu mi zależało — New York Crasnals, Kawałek Kulki, Lutosphere, Dick4Dick, Budyn i Sprawcy Rzepaku czy of Montreal. W zasadzie pierwszy dzień festiwalu rozpocząłem od koncertu zespołu Hey. Poniżej kilka słów o najciekawszych moim zdaniem zespołach.
Myślę, że nie ma co dużo mówić o Kasi i zespole. Jedyne, co mogę podkreślić i co mi się bardzo podobało, to fakt, że mogłem usłyszeć piosenki, których nie słychać na koncertach (np. Morf&Na). Bardzo ciekawe aranżacje (chociaż po koncercie unplugged w Romie nic już nie będzie takie samo). Jedyny mankament dla mnie, to zbyt duża ilość piosenek z mojego nie najbardziej ulubionego albumu "Music, Music", chociaż, jak to Kasia określiła, grali to, co lubią i chwała im za to!
Jestem niezmiernie zaniepokojony faktem, że praktycznie nie pamiętam tego koncertu, a jak to wiele ludzi podkreśla był to jeden z najlepszych koncertów tegorocznego Off-u. Pamiętam tylko tyle, że muzyka zespołu Caribou podobała mi się...
Tutaj się bardzo zawiodłem. Nie znałem niczego z repertuaru tego zespołu. Spodziewałem się cudownej dla uszu muzyki, a dostałem smętne kawałki, do tego wszystkie podobne do siebie i grane praktycznie w jednym tempie. Nie wysiedziałem do końca, bo nie mogłem więcej słuchać. Technicznie ok, ale jakoś mnie nie porwali.
Świetni! Zlokalizowałem już ich płytę i będzie moja! (dla chętnych jest dostępna w Merlinie). Granie the Poise Rite przypomina mi nieco Interpol. Dużo gitary, przyjemny wokal.
Duże zaskoczenie. Słyszałem wcześniej ich jeden kawałek na Offsesjach. Dużo improwizacji na scenie, ciekawy zestaw instrumentów i zabawa dźwiękiem. Trzeba będzie zaopatrzyć się w płytę i wyszukiwać ich koncertów w okolicy.
Miałem nie pisać o Czesławie, jednak napiszę. Grał tym razem bez akordeonu, który nie dojechał z powodu opóźnienia pociągu. Bardzo zaskoczyły mnie tłumy i reakcje publiczności na Czesława. Szczerze mówiąc jest to dla mnie fenomen. Sam koncert ciekawy, też ze względu na brak akordeonu i więcej aranżacji na klawisze. Czesław przez cały czas popijał piwko, co odbiło się, niestety na jego grze, szczególnie na scenie MySpace.
Kolejny świetny show. Pan James nie jest już nastolatkiem, ale to nie przeszkadzało mu w szaleństwach na scenie. Bardzo ciekawe podejście do jazzu. Troche funk, trochę punk. Kto nie słuchał, niech żałuje!
Do tego koncertu byłem trochę sceptycznie nastawiony. Jednak już po pierwszych taktach Lao Che porwało mnie i do samego końca koncertu (który nieco się przedłużył) bawiłem się wybornie. Myślę, że muzyki Lao Che nie trzeba przedstawiać (w sumie było to jeden z mniej offowych zespołów na off-ie).
Na koniec nieco psychodeliczny kąsek w wydaniu dwóch genialnych raperów. Świetne połączenie elektroniki ze smyczkami, dobrze zarapowane, a do tego ciekawa, momentami mocna oprawa wizualna sprawiły, że pomimo późnej godziny czułem się świetnie, nawet pomimo faktu, że powstałem dzięki ekskramentom sinic.
Podsumowując, bardzo się cieszę, że pojechałem na Off. Poznałem dużo świetnych zespołów i posłuchałem dobrej muzyki. W przyszłym roku też raczej się pojawię. Miejmy tylko nadzieję, że następny Off będzie przebiegał w nieco bardziej przyjemnych warunkach pogodowych.