19 listopada 2007, 11:44:34
Poziom: 0 | Kategoria: Muzyka, Przemyślenia, Z życia.
Do rąk moich nareszcie zawitała płyta oczekiwana od 10 września, czyli od pewnego koncertu w Teatrze Roma w Warszawie — MTV Hey Unplugged. Powiem tyle, wiedziałem, że to hit, bo przecież w końcu byłem na tym koncercie, ale teraz mogę powiedzieć to jeszcze raz!
Od samego początku płyta przywołuje pozytywne emocje związane z koncertem. Żałuję jednak, że na płycie ani na DVD nie znalazła się piosenka "Byłabym", swoją drogą chyba wiem, dlaczego. Ale zacznijmy od początku:
- Fate: na rozpoczęcie mocne szarpanie strun i ciekawie zaprezentowana sekcja dęta. I ta lira korbowa przed drugą zwrotką...
- A Ty?: od samego początku w ucho wpadają instrumenty dęte. Aranżacja tylko nieznacznie zmieniona w stosunku do oryginału — dodane smyczki i instrumenty dęte, które oczywiście znakomicie współgrają z tekstem jak i całym utworem.
- Moogie: jedna z niewielu piosenek na tej płycie, którą rozpoznałem już po pierwszych taktach. Ale to wcale nie przemawia na jej niekorzyść! Aranżacja również niewiele zmieniona.
- Dreams: jeden z moich faworytów na tej płycie. Niesamowity tekst, który poprzez zupełnie nową aranżacje stracił może na swym dramatyzmie, jednak w warstwie muzycznej kawałek świetny, z doskonale wpadającą w ucho linią akustycznej gitary basowej oraz dźwiękami akordeonu.
- Missy Seepy: ta piosenka po prostu rządzi! Intro na lirze korbowej przenosi w zupełnie inny stan, powracają wręcz emocje z koncertu. Przez dodanie puzonu i liry piosenka zyskuje. I to dużo zyskuje w mojej ocenie. No i oczywiście końcowa solówka na lirze korbowej wspomagana przez smyczki...
- Ho!: słuchając tej piosenki nadal przechodzą mnie ciary. Wstęp sekcji smyczkowej potęguje napięcie. O tym, że to właśnie Ho dowiadujemy się jednak dopiero po wejściu gitary Marcina. Nie muszę wspominać o pięknym tekście. Kolejny faworyt!
- W imieniu dam: jedna z mniej podobających mi się piosenek, nie tylko na tej płycie, ale i na oryginale. Aczkolwiek wykonanie w porządku.
- Angeline: niesamowity głos Agnieszki Chylińskiej. Szkoda, że jej repertuar różni się od muzyki PJ Harvey. Niesamowity duet, niesamowity utwór oraz cięty komentarz Agnieszki na koniec.
- [sic!]: Śmieszny wstęp na akordeonie, który bardzo kojarzy mi się z pewną piosenką Renaty Przemyk (swoją drogą znajomej Kasi), niestety nie pamiętam w tej chwili jej tytułu. Całość utworu przyjemna.
- Mru mru: chyba najmniej zmieniona aranżacja, przynajmniej na początku. Bardzo podobna do wersji z akustycznego koncertu w Trójce. Dopiero w refrenie oraz na końcu piosenki dodane zostały smyczki i sekcja dęta, która w miły sposób podkreśla nastrój balladki.
- Luli lali: kolejna piosenka, którą poznajemy w zasadzie dopiero, gdy Kasia zaczyna śpiewać. Bardzo podoba mi się wstęp na puzonie, w stylu jakiegoś hejnału, po którym wchodzą gitary wraz z perkusją, wspomagane później przez smyczki. Słowem zagrało wszystko, co stało na scenie. Oczywiście na plus!
- Candy: mogę zdradzić "tajemnice", wersja Candy na płycie to drugie koncertowe wykonanie tej piosenki, poznać to można po tekście Budynia. Całkiem fajne wykonanie, chociaż mnie osobiście bardziej odpowiada oryginał.
- Mimo wszystko: ładny, nastrojowy bym powiedział wstęp na akordeonie, który tym razem zdradza praktycznie od razu tytuł piosenki. Akordeon towarzyszy zespołowi do końca piosenki. Ładna, nastrojowa aranżacja, wpadająca w ucho.
- To tu: aranżacja podobna do tej z albumu. Najmniej lubiana chyba piosenka z tej płyty.
- Cudzoziemka w raju kobiet: znowu trzeba się wsłuchać w piosenkę, szczególnie w jej początek, aby odkryć, że to właśnie "Cudzoziemka...". Trochę szeptana wersja, wspomagana przez fanów, siedzących na poduchach. Ciekawie zabrzmiała lira oraz sekcja dęta.
- Zazdrość: na koniec zespół zostawił zupełnie nowe aranżacje. Zazdrość zabrzmiała trochę kubańsko, z dużą ilością przeszkadzajek. Całość brzmiała bardzo ciekawie, fani Heya przyzwyczajeni do ich grania mogą być lekko zdziwieni. Kapitalna gra chłopaków od trąbek i puzonów.
- Teksański: utwór, który wzbudził chyba najwięcej kontrowersji. Zabawa w stylu country. Jednym się podoba, innym nie. Mnie bardzo przypadła do gustu, aranżacja bardzo zabawowa, nogi same rwą się do tańca. Taki łakomy kąsek zostawiony na sam koniec koncertu. Wersja na płycie to również drugie, bisowe, wykonanie z koncertu, tym razem można to poznać po podziękowaniach Pawła.
Wygląda na to, że przez najbliższy czas płyta Unplugged będzie najczęściej przeze mnie odsłuchiwaną! Czekam tylko na wersję z DVD, aby posłuchać całości razem z obrazem i poszukać siebie na widowni.
Tagi:
hey
muzyka
unplugged
Zostaw komentarz (Textile włączony):
wychodzi więc na to, że dziś do domu będę dłużej wracał, bo o empik trzeba zahaczyć...
19 listopada 2007 o 11:52:26W Empiku płyta była już od piątku, ponoć mieli wyłączność na sprzedaż w dniach 16-18.
19 listopada 2007 o 11:53:30w takim razie tym bardziej muszę tam zajrzeć:)
19 listopada 2007 o 11:54:08Ten wstęp na akordeonie mi się kojarzył z „Zerem”, ale pewności nie mam wcale. Płyty przyjemnie się słucha, sensacji aranżacyjnych nie dostrzegłem, smaczki są. No, chyba tyle. Generalnie płyta bardziej na zasadzie „nie przeszkadza” niż „bezwzględnie potrzebna”. Ale fanem Hey’a wielkim nie byłem nigdy.
19 listopada 2007 o 13:01:39Możliwe, że odbieram tę płytę inaczej, ponieważ, po pierwsze, jestem fanem Heya, a po drugie, byłem na tym koncercie. Stąd zdecydowanie zaliczyłem ją do grona must-have.
19 listopada 2007 o 14:45:07Bardzo mało ostatnio słucham rocka. Polskiego to już praktycznie w ogóle. Ale czytając Twój opis trudno nie odnieść wrażenia, że to płyta wysokich lotów :]
Pozwolę sobie na koniec zacytować (bardzo krótki) fragment piosenki naszej rodzimej kapeli, Vespy:
19 listopada 2007 o 19:56:05„I solóweczkaaaaaaaaaa” ;-)
Ślina pociekła mi po butach.
20 listopada 2007 o 09:51:26Mam pytanie.. kto wykonywał oryginał Candy wcześniej?
22 listopada 2007 o 20:52:17Candy jest utworem napisanym i wykonywanym przez Iggiego Popa
22 listopada 2007 o 22:44:54„Ho!: słuchając tej piosenki nadal przechodzą mnie ciary. Wstęp sekcji smyczkowej potęguje napięcie. O tym, że to właśnie Ho dowiadujemy się jednak dopiero po wejściu gitary Marcina. Nie muszę wspominać o pięknym tekście. Kolejny faworyt!”
Nic dodać nic ująć...za każdym razem jak słucham tegokawałak mam potworne ciarrrrrryyyy :)
21 lutego 2008 o 13:12:37„Żałuję jednak, że na płycie ani na DVD nie znalazła się piosenka „Byłabym”, swoją drogą chyba wiem, dlaczego.”
Czy możesz zdradzić dlaczego?
21 lutego 2008 o 13:14:28mentira: Kasia wspominała na koncercie obudziła się rano z defektem głosu w postaci braku góry. Jak wiadomo w „Byłabym” w refrenie jest moment, w którym trzeba wyciągnąć troche wyższe dźwięki i pewnie dlatego kawałek ten wyleciał, choć według mnie mógł spokojnie na tej płycie się znaleźć.
21 lutego 2008 o 17:07:24